Ustawienia dostępności

Kontrast
Rozmiar czcionki
Rozstaw tekstu
Typ czcionki
Animacje
Szukaj w zbiorze EN

Podcast

Podcasty „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię”

Jedenaście odcinków historii mówionej seniorów gminy — nagranych przez młodzież podczas warsztatów dziennikarskich projektu „Niezłomni z Gręboszowa: Cyfrowa Sztafeta Pamięci 1946–2026”.

W Gminnym Centrum Kultury i Czytelnictwa w Gręboszowie odbyły się spotkania międzypokoleniowe, na których seniorzy i młodzi mieszkańcy usiedli razem, by dzielić się wspomnieniami o dawnym życiu gminy, lokalnych tradycjach i historycznych wydarzeniach. W kameralnych grupach młodzież pytała o szczegóły z życia starszych pokoleń i nagrywała te opowieści — właśnie stąd powstała seria „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię”. Dialog międzypokoleniowy połączył doświadczenie seniorów z energią młodych reporterów i utrwalił lokalną pamięć dla kolejnych pokoleń.

Relacja ze spotkań na stronie GCKiCZ: Spotkanie międzypokoleniowe.

Odcinki

  1. Odcinek 1 · 3:06

    Wywiad — promowe przeprawy, powodzie i szkoła

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — rozmowa uczestniczki warsztatów dziennikarskich z seniorką gminy o przeprawie promowej Borusowa–Nowy Korczyn, powodzi z dzieciństwa, Wiśle, szkole i sąsiedzkiej pomocy przy wykopkach.

    Pokaż transkrypcję

    Prowadząca: Jak zapamiętali Państwo dawne przeprawy promowe na Wiśle i Dunajcu, na przykład w Borusowej czy w Ujściu Jezuickim? Jak wyglądała podróż na drugą stronę rzeki, zanim powstały nowoczesne mosty?

    Pani Aniela: Zanim powstał most, to był przewóz promowy. Był prom i z Borusowej do Nowego Korczyna trzeba było przewieźć się promem.

    Prowadząca: Która powódź najbardziej utrwaliła się Państwu w pamięci — na przykład z lat 60., z 1997 czy z 2010 roku? Jak mieszkańcy pomagali sobie nawzajem w trudnych momentach?

    Pani Aniela: Najbardziej w mojej pamięci utrwaliła mi się powódź z lat 60. Miałam wtedy osiem lat i była bardzo duża woda. W moim domu woda sięgała do połowy okien i byłam u dziadków swoich, bo tam było wyżej i tam mieszkałam. Pamiętam, jak nawet na tratwach jeździliśmy, pływałyśmy z dziećmi na tratwach — choć to było bardzo niebezpieczne.

    Prowadząca: Czy rzeka dawała też mieszkańcom radość? Jak spędzano czas nad Dunajcem lub Wisłą w czasach młodości?

    Pani Aniela: Tak, dawała też czasem radość. Na przykład w lecie często się chodziło nad Wisłę, kąpało się w Wiśle, na plaży opalało się, jak była plaża. A tak więcej — to specjalnych rzeczy nie było.

    Prowadząca: Jak wyglądała szkoła w czasach Państwa dzieciństwa? W co bawiły się dzieci, gdy nie było komputerów ani telefonów?

    Pani Aniela: Moja szkoła była tu, gdzie jest obecnie klub seniora. Dzieci przede wszystkim grały w gumę, w piłkę, w jakieś tam różne gry — nie było komputerów.

    Prowadząca: Jakie prace na roli wykonywano ręcznie lub przy pomocy koni? Które momenty w roku — na przykład żniwa, wykopywanie ziemniaków, wykopki — wymagały pomocy całego sąsiedztwa?

    Pani Aniela: Właśnie wykopki chyba najbardziej, bo zbierało się dużo sąsiadów czy znajomych i te prace wyglądały bardzo fajnie.

  2. Odcinek 2 · 5:32

    Wywiad — pan Piotr: szkoła w okupacji i wojna

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — pan Piotr z Samocic o szkole w okupacji, spaleniu gospodarstwa 8 września, kontyngentach i życiu na wsi.

    Pokaż transkrypcję

    Pan Piotr: Zaczynałem szkołę w czasie okupacji. Trzeba się było okopać. Nie było podręczników. Później też nie było — na przykład żadnej biblioteki nie było. Nie było, proszę pani, dosłownie nawet ołówków. Zeszytów — to tak było, wszystko nam limitowane. Tak wyglądała szkoła. Szkoły w ogóle nie da się porównać z tym, co jest dzisiaj.

    Rodzice prowadzili gospodarstwo i ciężko bardzo było. Nie dało się nawet uchować. Mordowali tymi kontyngentami, że nie było takiej możliwości się rozwinąć. Dopiero po wojnie coś tam się zrobiło — stajnię i stodołę postawiliśmy.

    Prowadząca: Ale to była podpalona, czy po prostu nieszczęśliwy wypadek?

    Pan Piotr: Była podpalona ta stodoła.

    Prowadząca: A wtedy te całe zabudowania?

    Pan Piotr: Stare zabudowania się spaliły.

    Prowadząca: Ale spaliły się przez wypadek? Nieszczęśliwy?

    Pan Piotr: W czasie wojny. Ósmego września. Nie wiadomo, czy ktoś uciekał, czy podpalił kopę ze słomą — a wszystko było kryte słomą. Dom był murowany i pod dachówką, i stał troszkę dalej. Dobrze chociaż, że ten dom został. Ganek na tym budowaniu to po prostu odcięli, oderwali.

    Prowadząca: Dawniej było inaczej, prawda? Teraz są te budynki gospodarcze.

    Pan Piotr: Ja, tak. A ja też z opowieści rodziców, dziadków pamiętam, jak to było w jednym domu. I było w domu kuchnia, i jeszcze z domu była stajnia. Tak było. Ludzie byli biedni, niektórzy mieli mało pola, tak żeby żyć. I to takie sytuacje były. Trudno to jest powiedzieć.

    Prowadząca: Wydaje mi się, że warto mówić, bo ci młodzi mają wszystko.

    Pan Piotr: Tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. I nie oceniają. Do szkoły mogą iść, gdzie chcą, jak tylko chcą się uczyć. Także to są sytuacje no nie do opisania po prostu dzisiaj. Nie każdy by to uwierzył.

    A do kościoła to trzeba było iść piechotą. I to jeszcze długo, długo. W tych bardziej współczesnych — to sytuacje były bardzo, bardzo złe. Ludzie jakoś byli, trochę tam gdzieś dorabiali jednego, drugiego, trochę ukradli, bo i tak było. No bo jak nie mieli, co iść. Ale tak duże ludzie… Zawsze tak było. Albo coś tam było. Zawsze kura tam jakoś była zabita. A tak to nie było. Nie tylko u nas, tylko to w ogóle było tak. Wszędzie.

    Dzisiaj to jest po prostu nieporównanie z tym, co było wcześniej. No ale trudno dzisiaj już o tym nawet mówić, zgodnie z tym, że młodzi nie będą uwierzyli.

    Prowadząca: Nie, ale to właśnie dlatego trzeba mówić i przypominać.

    Pan Piotr: I tak naprawdę.

  3. Odcinek 3 · 2:20

    Wywiad — prom w Hubenicach i most na Wiśle

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — świadek z Gręboszowa o dawnym promie przy przepompowni w Hubenicach i moście na Wiśle wysadzonym na początku wojny.

    Pokaż transkrypcję

    Świadek: Od tego chyba, od tego przewozu. Przewozy też nie były takie, jak teraz, co były ostatnio na linie, tylko to było łódkami jeździć. I ten prom ruszali. To była taka większa technika już, jak robili na tych promach na korbę.

    I prom był dawniej nie tu, gdzie jeździłem — w Borusowej — tylko był w Hubenicach. Tak jak już przepompownia teraz. To tam był prom. Ja to wiem od mojej babci, no bo dziadka nie miałem. Zmarł w czasie…

    Prowadząca: A jakieś ma pan historie o tym moście, który był wtedy na Wiśle i później był wysadzony? To jakoś krótko ten most.

    Świadek: A to ten most, proszę pani, to jest taka sytuacja, że on był postawiony w trzy tygodnie przed wojną. I w ósmym dniu chyba — nie wiem dokładnie, ale zaraz, w ósmym dniu wojny — był już zburzony.

    Prowadząca: Żeby Niemcy nie przeszli.

    Świadek: Żeby Niemcy nie przeszli. A oni dojechali podobno tylko do Wisły samochodami i na pontonach przeszli. Taka była u nas technika.

    Prowadząca: Bo tak naprawdę tutaj też mamy zdjęcia takie stare z mostu pontonowego, ale nie wiem, z I wojny światowej? Możliwe, czy źle mówię?

    Świadek: Z pierwszej chyba. Z pierwszej. W pierwszej wojnie światowej przeszli tam, w drugiej wojnie światowej.

  4. Odcinek 4 · 6:18

    Wywiad — okupacja i Ujście Jezuickie

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — świadek o okupacji, lesie koło Buczyny, pacyfikacji Ujścia Jezuickiego w 1944 roku i miejscowej Armii Krajowej.

    Pokaż transkrypcję

    Świadek: I z tym mostem się kojarzy taka sytuacja, taka opowieść. To jest prawda, że przy zaopatrzeniu na ten most był podobno taki gość. To miał być technik jakiś do tego mostu. Okazało się potem, że to był Niemiec. Taki Wendland, nie wiem czy pani słyszała. On był wójtem tu u nas.

    Mężów stąd zabrali, Niemcy, i rozstrzelali w lesie. Jak się ten las nazywa… zaraz. Ale nie Buczyna chyba?

    Prowadząca: Buczyna?

    Świadek: Buczyna, Buczyna, właśnie. I tam ginęli też Żydzi. Dwa tysiące Żydów tam — nie, dziesięć tysięcy Żydów tam. To były takie wyrwy z wody. I oni tam w te wyrwy ładowali ofiary i potem przykrywali ziemią.

    Także po wojnie jeszcze tam, jak ja byłem, szukałem tych ludzi. Bo to z ramienia miałem ze ZBoWiD-u. I proszę pani, tam są nasi rodacy jeszcze. Są z Ulejowa, z Zalipia. Jest tam Janek — z czterech ludzi — Janek Lizak. Zapomniałem tam dzisiaj te wszystkie. Ale jest tam czterech ludzi z Zalipia, jest też jeden. A reszta to tu Szczucin, tamte strony, Samocice. Nawet z Woli Gręboszowskiej był taki Łata — zastrzelony był, żenił się w Samocicach, i też go zabrali. I tak to wygląda.

    To też tak jak pacyfikacja Ujścia była. Pacyfikacja to była w 1944 roku. A ci byli zabici wcześniej, na początku.

    Także Ujście to było w tym czasie, jak była ta sprawa z Opatowcem, co tam powstało takie trochę zamieszanie. I tam przeszli. Ja gdzieś mam taką kartkę takiego podpułkownika, co był dowódcą AK na tamtych stronach. Muszę to szukać, bo to jest uciekłe, tam położone. I on mówił, że spóźnili się z Drukowca, z Ksan. Chcieli tam na tych wozach, ale nie zdążyli.

    Był jeden Niemiec zamknięty już tam w szkole, w piwnicy. Jak usłyszał niemiecki głos, tak się odezwał. I on wszystko powiedział. I potem było tam parę ludzi, już nie pamiętam, czterdziestu czy ile.

    No i na szczęście tu u nas w Ujściu coś zrobili. Gawa — to wiem, że w Gręboszowie. A w Ujściu, jakże on się nazywał, Józek. Oni są w opisaniu. I w Ujściu było dwóch albo trzech, już tam spalili coś. A resztę tych pojmanych zaprowadzili do lasu. W tym Dąbrowy, tak się nazywa las. Jodłownik, chyba. W tym lesie jeszcze raz jest.

    Prowadząca: Ale czemu oni Ujście — w odwecie za Opatowiec?

    Świadek: No, w odwecie też, bo tam partyzantka wyszła, już byli po karabinie i tam trochę postrzelali. Póki była zimna noc, a w dzień już nie. I tu sobie zrobili swoje. Opowiadali, że tych ludzi prowadzili do dołów. Makabra wyglądała, tak. To by chyba tyle było z tych spraw takich najbliższych.

  5. Odcinek 5 · 8:51

    Wywiad — Sucharski, Bojko i pamięć Gręboszowa

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — świadek o majorze Sucharskim, Jakubie Bojce i książce „Okruszyny”, wykształconych ludziach gminy i księdzu Halecku.

    Pokaż transkrypcję

    Świadek: Henryk Sucharski — ten człowiek to był bardzo oddany sprawom kraju i wojsku, i wszystkiemu. Tam piszą w książkach, bo ja go osobiście nie znałem. Mama moja go znała, bo on przychodził do kolegi takiego Kozła i potem został księdzem. Był z Górzyc. Sucharski został żołnierzem. Bo wtedy nie było tak: albo na księdza, albo na żołnierza. Nie było stać ludzi, żeby wykształcić.

    Było tylko ludzi wykształconych, którzy mieli większe wykształcenie. To był tutaj Kalafarski, sędzia w Gręboszowie. Był w Targowisku, w Kozłowie. Jeszcze był taki — no, nie skończył studiów, ale chodził na prawo. Rajdów było trzech: jeden ksiądz i dwóch — jeden żołnierzem, drugi lekarzem. Z Zalipia Nelak jeszcze taki był, adwokat. To byli ludzie wykształceni w tym czasie na naszym terenie. Bo Zalipianie u nas byli jako parafianie. Tyle było ludzi wykształconych.

    Chodził na medycynę Janas, tam gdzie dzisiaj jest postawiony — chyba Świętek na tym placu. Dwa lata dobrze się uczył, ale nie było pieniędzy. I później był żołnierzem. Zabili mu w Dobrowodzie. Tam zabili jakiegoś Niemca i przywieźli potem więźniów. Między innymi był Michał Janas.

    A Bojko był już w tym czasie za stary na rząd. Dlatego jeszcze Bojko — z Piłsudskim to chłopi go po prostu już odeszli, że ich zdradził. I oni nie chcieli, byli przeciwko Piłsudskiemu. Witos był właśnie. Bojko i tak dużo zrobił w swoim życiu. Bo po prostu nauczył się pisać, czytać — no to taki był dość mądry człowiek na te czasy. Same te książki, które zostawił: „Okruszyny z Gręboszowa”. Czytała pani?

    Prowadząca: Nie. Nie czytałam. Jakoś nie miałam okazji, tak naprawdę.

    Świadek: Taki był więcej pisać, powiedziałbym jak polityk. Bo polityk to musi mieć tak o troszkę werwę. Dostał wtedy, był bardzo dobrą kartkę. Więcej czytał już. Bardziej był taki świadomy wszystkiego.

    Prowadząca: W politykę nie wchodzimy.

    Świadek: I to widać, to jest porządne. To by było tyle.

    Ksiądz Halecki to był taki bardzo dobry człowiek. Po prostu uczył żyć tych ludzi. Bo to było tak trochę nienawistnie w tym czasie — jedni do drugich. Coś podobnego jak dziś. I on tak to wszystko jakoś.

    Prowadząca: O Stefanie Łąckim był ten podcast ogólnie, ale właśnie dużo było tam wspominane, jakim dobrym człowiekiem był ksiądz Halecki.

    Świadek: Tak. Ludziom pomagał. Chciał, żeby wszyscy myśleli za nim, bo po prostu sam pokazywał to. Jest taka anegdota: spotkał w Wielki Piątek pijanego i mówił: „Pijaku, nie pochowam cię na poświęconym miejscu, za to że ty dzisiaj pijesz”. No to tak, anegdota. Halecki też wiedział o wszystkim, bywał w pewnych miejscach też. Było tyle chyba z tych czasów, takich do wojny.

  6. Odcinek 6 · 14:55

    Wywiad — AK i Baszak

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — świadek o sile AK na terenie gminy, zanikającej pamięci i rodzinie Baszaka z Woli Gręboszowskiej.

    Pokaż transkrypcję

    Świadek: Po wojnie tu było zagłębie ludowców, w ogóle ten teren. Po wojnie to było zwalczane. No i tak: albo szli do partii, albo podpisali tę listę.

    Tu był Bujak. I oni stworzyli partię, potem nawet założyli spółdzielnię. Dopiero potem było, że w każdej gminie musiało tak być. Zostało w Gręboszowie. To oni rządzili całą gminą tu. A reszta była w ukryciu. Potem musieli zachować spokój, bo się bali kryminału. No bo była władza — to była władza. To było po wojnie.

    W czasie wojny to była tutaj dość silna organizacja. Całą tę organizację trzymał właśnie ten Bisik. On był sierżantem Straży Granicznej jeszcze za czasów spokojnych. I później on tu był całym szefem tej organizacji. Trzymał to wszystko, ćwiczył i ustawiał wszystkich dość dyscyplinarnie. I tu było masę ludzi. Tu było dość dobrze zorganizowane to wszystko, ta AK. W Lubiczku byli tam Świętek. I później gdzieś ta pamięć o tym AK tutaj na naszym terenie tak zanikła.

    Prowadząca: Odtworzymy.

    Świadek: Odtworzymy. I już będziemy mówili na ten temat z wójtem. I pani jest jedną z tych, które będzie kiedyś zaczepiane o to. Jak jadę na ten zjazd nasz — bo ja nie jestem tam w tej organizacji, jak by mi wpisali, bo ojciec był, no to od razu idą — jak jadę do Tarnowa, na ten zjazd nasz, to proszę pani tam przyjrzenie. To młode dziewczyny takie po szkole, one już wszystkie są tam wciągnięte. I to po prostu działa.

    Także mi się wydaje, raczyłbym tam przyjechać z tego. Bo ja już jestem odchodzący. Ja już mam swoje lata i już nie będę mógł po prostu tego podjąć. Ale są młodzi ludzie, niech się dowiedzą. Tam są dobre książki, bo są, czasem dają książki takie. To jest taka okupacja tutaj na tym terenie.

    Tu był Baszak, on już dużo tutaj robił na tym terenie, bo on był w takim oddziale — odnośnie nadużyć, kontyngentów. Pałowanie to było w jego zakresie. Przekraczali wszystkie możliwości.

    Prowadząca: A Baszak też urodził się tak naprawdę w Woli Gręboszowskiej?

    Świadek: Proszę pani, mogę pani dokładnie powiedzieć gdzie. Bo ja sam nie wiedziałem, ale doszedł tam. Mieszkał tam, gdzie teraz jest Marian i następnie jest Zeszutko — tam był dom jeszcze między nimi. I ten dom to pani nieraz widziała, na pewno. Bo wie pani, gdzie on był później? U Kaczówki, na rogu, tu w Gręboszowie. Tu był ten dom przeniesiony.

    Ojciec Baszaka, jak był w Woli Gręboszowskiej — w wojsku, w czasie wojny, w 1918 roku — został strażnikiem granicznym i jeździł od Ujścia na koniu do Szczucina. Tu miał konia i tu mieszkał. Przez chyba dwa lata, i w tym czasie urodził się ten Baszak. A później poszedł chyba do Dąbrowic, bo tam była jego placówka, a potem był na policji. W Szczucinie było strasznie — kradli — i stworzyli taki oddział piętnastu policjantów. I on był w Radgoszczy dość długo. Zwolnił się, bo rodzina już większa i trzeba było pieniędzy. Poszedł do takiej spółdzielni „Rolnik” — sprzęt rolniczy i nawozy. I tam mieszkali.

    On przez długi czas nie było o nim mówione, wspomniane. I tak naprawdę dopiero teraz niedawno to wyszło.

    Młody Baszak w czasie okupacji — postrzelili go „kosinacy”. Bo kosiniak wchodził do takich domów, gdzie siedział z nimi kryminalnie. I to był taki właśnie kaczor tam, w Brzeźnicy koło Mędrzechowa. Ja się nie wiedziałem, że to on zrobił tak. Dali mu ultimatum: albo idzie, albo zostanie zlikwidowany. Poszedł tam, nisko Dębica i Dąbrowa. Tam został. I potem go zastrzelili.

    Prowadząca: Tam też tutaj będzie o kosiniakach?

    Świadek: Tak, tak, to banda była. Osiem ludzi zabili jedną noc. Polacy Polaków. I wtedy, jak to by tak później, to się wszystko wydało. Bo jeszcze był taki gość, tylko nie pamiętam jak on się nazywał, w Dąbrowie, co tam mleko przyjmował w czasie okupacji. W Tarnowie i dalej jeszcze tam na ulicy, że już niedługo Niemców trafi. I wzięli go, i tak się przyznał do wszystkiego. Między innymi Tadeusza Trzmielika, bo on tam był w tej organizacji. I jak zdał go, tak przyszli i wzięli go i zastrzelili.

  7. Odcinek 7 · 6:30

    Wywiad — pan Piotr: Armia Krajowa

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — pan Piotr o silnej organizacji AK na terenie gminy, placówce Baszaka, tajnym nauczaniu i losach partyzantów po wojnie.

    Pokaż transkrypcję

    Prowadzący: Jakie opowieści z czasów II wojny światowej lub okupacji przekazali państwu rodzice?

    Pan Piotr: To, co słyszałem tutaj z tego rejonu, bo ja jestem z innego rejonu — tam z Bolesławia. Tutaj w czasie okupacji była bardzo silna organizacja AK. Przede wszystkim było dużo członków. To była pierwsza organizacja AK. To jak twierdzi świętej pamięci Baszak — to on tu zakładał pierwszą placówkę AK. I tu było bardzo dużo tych, którzy już dzisiaj odeszli na wieczną wartę.

    W każdym razie ich dowódcą tutaj… Bo on im tak jakoś mało się mówi. Bo on w czasie wojny był komendantem posterunku, jak wszyscy tutaj. Był tu taki drugi jeszcze pan, Balicki Józef, Michał Misiaszek z Samocic, Sierak z Zalipia. A po wojnie, w 1946 roku, wszyscy by chcieli rankować. To było po myśli nowego rządu. I dlatego to zostało.

    Część po prostu tych partyzantów ukrywała się cały czas. Między innymi ten Bisik się ukrywał. On uciekł na zachodnie ziemie naszej Polski, do Kłodzka, jak pamiętam dobrze. I tam przebywał. Tam go zaczęli śledzić i wyśledzili. On chciał wrócić na naszą stronę, bo tu się czuł najlepiej przy swoich.

    I wracał właśnie tak, już motorem tam. Trzeba by było więcej to nagrywać, ale to nie jest ważne. Każdy wracał do domu z tego Kłodzka i w Żabnie była kontrolka. Trzeba patrzeć, kto jedzie. I udał taką, może jak się tors dostał — tam oczywiście dobrze się zrobiło, w stanie koło tego samochodu. I zaczął niby wymiotować. A jak już ci po prostu przeszli ten cały kontrolę i odeszli, to wtedy przestał i przyjechał.

    I w ten dom, w którym tutaj mieszka — tam gdzie dzisiaj mieszka chyba Świętek, teraz który inny mieszka. Tam w tym domu. Tam była taka samotna pani, i to jakoś rodzina była. I miał kilka takich kryjówek na Gręboszowie, nawet i w tym domu rodzinnym. No i tak jak mówiłem wcześniej: nawet już wiedzieli, że widzą szereg, że go zamkną. Że policjant ten leżał w drogę, czekał, a jakoś tego nie tak było.

    To było dość duże. Część organizacji AK po wojnie podpisała te papiery. I to było jeszcze przede wszystkim. Nie byli już w porządku. Takie czasy.

    Były tu takie tajne nauczania. To byli tutaj panowie: Łysik Stanisław z żoną, pani Maria, Karka z Kozłowa, Paweł Socha z Pawłowa, krawiec Lubiczka Jan. Oni właśnie się w tym nauczali. Po wojnie, z animatury już, na prawach państwa. To byli między innymi doktor z Kozłowa Bułtowicz Eugeniusz, magister Mieczysław Bułtowicz. Wrócili po tej szkole, właśnie po czasie okupacji.

  8. Odcinek 8 · 7:13

    Wywiad — pan Piotr: wieś, drewniaki, kontyngenty

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — pan Piotr o pracy koniami, drewniakach, kontyngentach zboża i mleka oraz wykopkach buraków cukrowych.

    Pokaż transkrypcję

    Pan Piotr: Wszystko z pamięci, tak to wyglądało, krótko.

    Prowadzący: Jakie prace na roli wykonywało się ręcznie, przy pomocy koni? Które momenty w roku — na przykład żniwa, wykopywanie ziemniaków, wykopki — wymagały pomocy całego sąsiedztwa?

    Pan Piotr: Wszystkie prace polowe to się wykonało końmi. Bo nie było czym, nie było koparek. Zbierało się ziemniaki — to by sobie tego nie wyobrażali, jak to wyglądało dawniej. Normalnie rękami, nie było rękawic. Nawet butów nie było specjalnie. Bo po wojnie, trzeba powiedzieć, że chodziliśmy w butach na drewnianych podeszwach. Zrobił stolarz taką podeszwę.

    Było dość biednie. Na przykład teczka do szkoły była uszyta z worka. Taka torba była. Nie każdy miał tornister. Nie każdy mógł sobie kupić jakieś pomoce naukowe, bo było trudno kupić. Jak trzeba było linijkę, to stolarz to robił.

    Prowadzący: A te buty, o których pan wcześniej wspomniał — drewniaki — ile one tak wytrzymywały przy takich codziennych aktywnościach?

    Pan Piotr: Przede wszystkim były bardzo ciepłe. Podeszwa była z drzewa, a wierzch był skórzany, ze starych butów. I w zimie jeszcze jak ktoś podkówki z przodu i z tyłu zapiął, to się fajnie ślizgało. Trudna rzecz. Ktoś powie, to nie bardzo wie życie. Ale tak było.

    Wyżywienie na przykład było duże. Jabłko to mało kto zje. Dawniej jabłka to była taka cena.

    Przede wszystkim kontyngenty. Trzeba było oddawać mleko, żywiec i zboże. Jak była większa powierzchnia, to tam trzeba było dać dwie albo trzy tony zboża za parę groszy. Jak normalnie na przykład 500 złotych kosztowało 100 kilo zboża, a u nich kosztowało 50. Zboże, mięso tak samo. Minimalna taka cena była. To wszystko było za grosze. Także to było całkiem na wyniszczenie jeszcze tych ludzi. Za Gierka to już było troszkę lepiej, ale pierwsze te czasy po wojnie to było to samo.

    Prowadzący: A propos roboty w polu — buraki cukrowe? Dzisiaj widzimy, wjeżdża kombajn, na pryzmę.

    Pan Piotr: Ja jak pamiętam, byłem młody, a zakontraktowali buraki cukrowe, bo to się kontraktowało. Była kontraktacja. Były takie widły specjalne. Widziałem to gdzieś w muzeum — tak jak widły, tylko na tę stronę i z takim tym. Do każdego buraka się wijało, wykopywało go, obcinało, trzeba było obstrugać, ogon uciąć i dopiero na kupkę. I później to końmi trzeba było zawieźć na skup. Tam oni dopiero oszacowali, ile tej ziemi tam jeszcze jest. No ale też trzeba było obciągać, najpierw zwalić. Teraz to by to robił — nie trzeba było obskrobywać, tylko elegancko, tam nie zostało nic ziemi.

    Inne w ogóle były metody uprawy i brony. Dawniej brony nie były takie żelazne. Po prostu drewniane i pozbijane gwoździe. Praca była po prostu ciężka i ciężkie były sytuacje rodzinne. A jednak ludzie jakoś dawali sobie radę, ale bardzo ciężko było.

  9. Odcinek 9 · 13:05

    Wywiad — pan Piotr: rzeka, szkoła i ojciec

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — pan Piotr o Wiśle i Dunajcu, zabawach dzieci, szkole i aresztowaniu ojca w czasie okupacji.

    Pokaż transkrypcję

    Prowadzący: Czy pamiętają państwo wizytę kardynała Karola Wojtyły?

    Pan Piotr: Tak. W Ujściu było. Dawniej, jak było akurat w tym czasie, to były tak zwane izby katechetyczne. Ale nie w ośrodkach normalnie — w domach prywatnych. Bo trzeba powiedzieć, że był taki okres, że nie wolno było uczyć religii w szkole. Państwo po prostu nie. I były takie izby katechetyczne. Były takie okresy, że się uczyliśmy po szkole. Różne dobre i złe strony. Przyjeżdżał ksiądz. Później znowu było w kościele.

    Prowadzący: Czy rzeka dawała też mieszkańcom radość? Jak spędzano czas nad Dunajcem lub Wisłą w czasach państwa młodości?

    Pan Piotr: Siostra była, harmonia jak gitara. Wyjeżdżaliśmy łodzią w górę Dunajca. Przywiązywało się na łańcuchach, żeby się huśtał. Śpiewy, tańce. Natomiast już prom jak był, to ktoś wjeżdżał na środek Dunajca, zrzucił kotwicę i tam już można było tańczyć. Później nawet święcenie pokarmów odbywało się na środku Dunajca. Przyjeżdżał z Gręboszowa ksiądz, przewoźnik, stolik, kropidło. Wchodzili dzieciaki z koszyczkami, ksiądz kropił, poświęcał. Cała wieś była na promie.

    Prowadzący: W co bawiły się dzieci, gdy nie było komputerów ani telefonów?

    Pan Piotr: Ale się bawiły. Piłka ale to szmaciana chyba była. Chłopaki. Przychodziliśmy w wakacje. Robiło się zbiórkę i się zastanawiało, do kogo idziemy na jabłka. Bo każdy z nas miał przy domu jakieś jabłonie. Nieraz mądre pomysły, nieraz głupie. Ale było wesoło.

    Prowadzący: Czy pamiętają państwo przeniesienie drewnianego kościoła św. Zygmunta do Żelichowa?

    Pan Piotr: Nie, bo w 1937 roku był przeniesiony kościół. To my nie pamiętamy.

    Prowadzący: Czy w gospodarstwach w gminie Gręboszów były jakieś tradycyjne potrawy charakterystyczne dla Powiśla Dąbrowskiego?

    Pan Piotr: Głównie to na wigilię. Tradycyjne — kluski z makiem. Nie w każdym domu, ale było takie sianko na stole. Jakiś snop słomy. W domu się stawiało. A jeszcze jak była jakaś wykładzina, to się naniosło te słomy. To było piękne roboty jak nie było odkurzacza jak teraz.

    Przede wszystkim nie było tak, jak teraz, że jest podłoga. Tylko było takie klepisko — piasek, ziemia. Przeważnie w każdym domu.

    W pierwszej klasie szkoły podstawowej mieliśmy wynajętą klasę. Było tam klepisko ziemia. Ale obowiązkowo kącik sanitarny musiał być — umywalka drewniana, miednica. Nie było nauczycielki, chyba trzecia klasa przyleciała do nas. No i co? Zaczęli się w ciucui-babkę bawic, gonić, i potem wylała się woda całe wiaderko, ta woda poszła na tę ziemię. Przyszła nauczycielka, no to była afera, bo pierwsza klasa, straszyli, co będzie. I tam do jednej koleżanki przyszła siostra, która już chodziła do siódmej klasy. Ale trzeba przyznać, że od pierwszej do siódmej klasy klasa była super. Dopiero w siódmej klasie mieliśmy nauczyciela, który zaczął kadrować. I to przyszedł z innej szkoły. Dziś jest księdzem.

    Jeszcze jest taka sytuacja. Była jakaś taka bardzo pobożna dziewczyna. Bo jak mi mama opowiadała, to ona zawsze klęczała przed Najświętszym Sakramentem każdą niedzielę i tam się modliła. I później, po skończonej maturze, nie dostała się na studia, bo chyba nie było pieniędzy na to. I przyjęli ją księża — była taka gazetka kościelna. I ona tam pisała potem. Była w organizacji AK. I śledzili to. Poszła do więzienia i była po prostu w Oświęcimiu. Przeszła ten obóz i w 1946 roku zmarła w Krakowie. Bardzo religijna, mądra dziewczyna, chodziła z moim stryjem razem do szkoły, z katolickiej rodziny. Potem jak przyszła po tym obozie, jeszcze chciała skończyć polonistykę, ale nie pozwoliło zdrowie.

    Warto było pochylić się nad takimi, co zginęli w czasie wojny, po wojnie. Po wojnie zaczęli żołnierze z naszej okolicy. To był Borek, i pan Gabriel Dubiel. Oni zginęli w Oświęcimiu.

    Głównie w domu o wojnie było cicho. Nic, kompletnie nic. Dopiero w latach dwutysięcznych dowiedziałem się, że ojciec został aresztowany. Najpierw na Montelupich, w Krakowie. Później do Oświęcimia. I tam z wagonu, z takim krakusem, który znał świetnie trasę, wyłamali deski w podłodze. I gdzieś tam: rzuć się i leć, dopóki nie znikniesz. Na końcu siedzieli Niemcy. Przyszedł z Krakowa z tym kolegą, a z Krakowa wzdłuż Wisły. Ale o tym dopiero się dowiedziałem. Było już późno.

  10. Odcinek 10 · 9:59

    Wywiad — pani Daniela: promy i wojna

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — pani Daniela o przeprawach przez Wisłę w Ujściu Jezuickim, Sucharskim, wujku spod Monte Cassino i trudnej pamięci o wojnie.

    Pokaż transkrypcję

    Pani Daniela: Podróż przez Wisłę wyglądała tak, że były promy. Przewoziliśmy się promami. Natomiast w Ujściu Jezuickim początkowo były tylko łódki, dopiero potem zrobili te promy.

    Ale sytuacja była taka, że jeśli po prostu był mróz i na rzece zrobiła się kra, wtedy nas przewozili — jeśli ktoś musiał — łódkami, także to było tak pod strachem. Były lata, kiedy Wisła zamarzała i mogliśmy spokojnie przechodzić. Teraz młodzież się boi, starsi też się boją, mimo że Wisła w zeszłym roku była bardzo niska i tam było kilkanaście czy kilkadziesiąt centymetrów wody, i ich przez Wisłę nie przeszedł. Jak byliśmy młodzi, to nie mieliśmy tego poczucia strachu. No i w ten sposób żeśmy się przeprawiali. Teraz mamy wygodę, a tak to trzeba było kombinować, jeśli się musiało. Bo w zimie jak się musiało, to się jechało. Kiedy już były promy, to kursowały.

    Ja miałam tę przyjemność, że się przewoziłam w Ujściu łódką — tam nie było jeszcze promu, jak do szkoły chodziliśmy. Przyszła powódź, łódeczka taka, wody po uszy. A to trzeba było przepłynąć, aż strach. A w zimie kra płynęła, to myśmy odgarniali tę krę łopatami. Przewoził taki chłopak, on miał drąg, chyba z dziesięć metrów. Odpychał się tym drągiem, a my tę krę. Do dziś pamiętam, jak to było w zimie. Mieliśmy takie przygody dość, można powiedzieć, traumatyczne.

    Albo jak była woda duża, to było zero przewozu. Jak woda doszła do wału, no to wtedy przewozu nie było. Chyba że ktoś musiał, to przewoźnicy brali łódkę, ale nie chcieli, bo to było niebezpieczne. W niektórych miejscach Wisła była bardzo… Od wału do wału szumek był prawie, że tyle brakowało.

    Prowadzący: Czy w państwa domach rozmawiało się o majorze Henryku Sucharskim lub działaczu ludowym Jakubie Bojce? Czy żyją jeszcze we wspomnieniach opowieści państwa rodziców na ich temat?

    Pani Daniela: Jeśli chodzi o generała Sucharskiego, no to u nas się dużo mówiło, dlatego że niedaleko mieszkały jego siostry dwie i brat. Także Sucharski był takim naszym, można powiedzieć, bohaterem regionalnym. Był często wspominany, często o nim opowiadali. Sprawa Sucharskiego w naszym — zresztą w Gręboszowie też — była po prostu często poruszana. Rodzice dyskutowali, a myśmy słuchali, no bo z tym Sucharskim to też tak różnie było, różne wersje na jego temat. Która jest prawdziwa, to nie wiadomo.

    O Bojce to tak niewiele. Ja tylko znałam jego brata.

    Trzeba by było, żeby ktoś napisał książkę. Wiesz, jakaś historia współczesna bardzo potrzebna, bo strasznie dużo przekłamań było w tym wszystkim. Ci, co wtedy byli bohaterzy, drudzy wrócili z wojny — to zamiast jedni bohater, tylko szli siedzieć. Ja niedawno się dowiedziałam, że mój wujek pod Monte Cassino walczył. A wcześniej nie wolno było mówić w ogóle. Takie układy były. Bohaterowie skrywali się drogami, tak jak partyzanci, którzy działali, którym się pomagało. A potem dowiedzieliśmy się, że partyzanci w gruncie rzeczy napadali na domy. Byli głodni — co w tych lasach mieli robić. Do tej pory jest takie niewiadome. Trzeba by było przeczytać taką naprawdę, żeby ktoś napisał książkę. Ale to nie ma takiego.

    Każde wydarzenie ma różne oblicza. I to nie tylko oblicza, bo w różnych czasach różnie to jest. Ci czerwonoarmiści zostali wygnani, a potem… Historia to jest, mówię wam, ciężka.

    Tata walczył w czasie wojny: walczył z Rosjanami, walczył z Niemcami. Z jednej strony Niemcy, z drugiej Ruscy. A oni tam walczyli na Lubelszczyźnie, tam ostatnio ten generał Kleeberg. I co z tego, że oni walczyli, jak nie mieli amunicji. Broń mieli, tylko nie mieli amunicji. Rząd już w Londynie się bawił, a on zostawił na pastwę losu.

    Tak samo ci, co mówią o tych partyzantach niezłomnych. Powiedz mi: wojna się skończyła dwa lata, a oni jeszcze z kim walczyli. Wzięli się na milicjanta, przyszli i się zastrzelili. Nie było tak, że chciał czy nie chciał, tylko musieli. Posłali chłopaczka, oni go zastrzelili i tyle narobili.

    Trudno jest tak zdefiniować jednoznacznie. Dlatego że myśmy mieszkali w Szanowie i tam niedaleko było Jaworzno. Kiedy w Oświęcimiu się skończyło, w Jaworznie zrobili dokładnie to samo. Zabijali Polaków, kto im popadł. I mówią, że złe są narody. Ja uważam, że nie ma złych narodów, są tylko źli ludzie. Tam zginęło naprawdę dużo ludzi, bo Polacy chcieli się zemścić. Tylko że nie zemścili się na Niemcach, tylko zemścili się na swoich. To było tak rzut beretem, to miasto było od nas. W Jaworznie się działo — robili obozy, żeby pokazać, że oni też potrafią. Nie brali pod uwagę tego, że zabijają ludzi niewinnych. No tak jak Niemcy, nie byli lepsi.

    Prowadzący: Dobra, dziękujemy wam.

  11. Odcinek 11 · 2:42

    Wywiad — szkoła, zabawy i powódź 1997

    Historia mówiona z projektu „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — seniorka o drewnianej szkole z kałamarzami i piecem kaflowym, dziecięcych grach na boisku oraz powodzi z 1997 roku, która zalała dom i wymagała pomocy sąsiadów.

    Pokaż transkrypcję

    Prowadząca: Jak wyglądała szkoła w czasach państwa dzieciństwa?

    Seniorka: Szkoła wyglądała w ten sposób: drewniana. Podzielona była na cztery klasy. Podłogi były drewniane i drewniane ławki, kałamarze były z atramentem w środku. I pióra były takie do maczania, zwykłe, nie takie jak teraz — długopisy. Opalana szkoła była piecem. Były piece kaflowe.

    Prowadząca: W co bawiły się dzieci, gdy nie było komputerów ani telefonów?

    Seniorka: Dzieci przeważnie szły — tam było takie boisko. I graliśmy w piłkę. Jeszcze dwa ognie. I później jeszcze takie gry były, tak jak wojna to się nazywała. Zataczało się tak patykiem takie koło. I dwie osoby brały w to udział. I to wszystko.

    Prowadząca: Która powódź najbardziej utkwiła państwu w pamięci — na przykład z lat sześćdziesiątych, z 1997 czy z 2010 roku?

    Seniorka: Mnie najbardziej utkwiła w pamięci powódź z 1997. Bo wtedy zalało nasz dom. Znaczy się, weszła woda. Tak że nie mogliśmy się dostać, ale jeździliśmy łódką, która stała na podwórku, i tak dostawaliśmy się do domu. No, było ciężko. Rodzina, sąsiedzi nam pomagali — nosili nam jedzenie, wodę, bo też nie można było korzystać z naszej wody. No i czekaliśmy, aż opadła. I wszystko wróciło do normy.

Licencja i atrybucja

Licencja: Creative Commons Uznanie autorstwa — Na tych samych warunkach 4.0

Seria podcastów „Nagraj Dziadka, Nagraj Babcię” — nagrania z warsztatów dziennikarskich i spotkań międzypokoleniowych projektu „Niezłomni z Gręboszowa: Cyfrowa Sztafeta Pamięci 1946–2026” (GCKiCz w Gręboszowie, Patriotyzm Jutra). Licencja: CC BY-SA 4.0.